Przejdź do głównej zawartości

Recenzje


ŻYCIE ZWYCZAJNE SIOSTRY F.  

ZWYCZAJNIE O NIEZWYCZAJNEJ
Teresa Kmieć

O świętej Faustynie powiedziano, napisano i zaśpiewano już wiele. Był film z Dorotą Segdą, był spektakl krakowskiej PWST. A jednak, choćby się sporo wiedziało i czytało, na Życie zwyczajnej siostry F. zdecydowanie warto przyjść. Bo choć życie niby takie zwyczajne, to sztuka wcale nie. To podróż w czasie i dźwięku.

Najpierw ciemność. Z tej ciemności płynie głos, płynie pieśń Kiedy ranne wstają zorze. Śpiewa ją młoda Faustyna – zatopiona w modlitwie? Przeżywająca wizje? Światło się zapala   i okazuje się, że grająca tą główną bohaterkę Dominika Łączkowska… sprząta. Myje podłogę. Potem znika, a na scenie pojawia się jej rodzeństwo. To oni, a potem współsiostry i inni ludzie, których na swojej drodze spotkała Faustyna, o niej opowiadają. Ona sama mówi niewiele, cały czas poznajemy ją dzięki relacji innych. Taki zabieg scenariuszowy pięknie pokazuje jej pokorę i tę „zwyczajność” siostry, która nie ma daru pięknej wymowy, nie jest gwiazdą, która swoim zachowaniem mówi „patrzcie na mnie, słuchajcie mnie”. Jest trochę taka jak inne siostry, ma swoje obowiązki w klasztorze, męczy się, uśmiecha, pracuje, jest wyśmiewana, nie radzi sobie z podopiecznymi. A jednocześnie rozmawia z Bogiem, ale kto o tym wie poza nią?

Wielkim plusem spektaklu jest scenografia, zaprojektowana przez reżysera Tomasza Załuckiego. Jej głównym elementem są duże drewniane sześcienne pudełka, które pełnią różne funkcje: biurek, krzeseł, bębnów, układane w konstrukcje zależnie od potrzeb akcji. Razem ze stojącymi na środku sceny drzwiami stanowią właściwie jedyną, ale przez swoja mobilność bardzo zróżnicowaną scenografię.

Aktorzy są bardzo wiarygodni w swoich rolach. Aż chce się uwierzyć, że naprawdę przyszli na scenę prosto z dwudziestolecia międzywojennego i że zaraz tam wrócą. Poza tym są po prostu świetnie przygotowani, a wszystko, każdy gest i wypowiadana kwestia, wydaje się zaplanowane i zrealizowane co do joty.

Muzykę towarzyszącą przedstawieniu wykonują sami aktorzy. Wykorzystano tradycyjne religijne pieśni: Kiedy ranne wstają zorze oraz Jezusa ukrytego. Ta ostatnia prowadzi widza przez cały spektakl, wykonywana jest w szybkim tempie (zupełnie innym niż to znane z kościoła), co pewien czas kolejna zwrotka ogłasza przejście do następnej sceny, staje się muzycznym tłem dla zmiany scenografii, czyli przestawiania wspomnianych wyżej drewnianych pudeł.

Teatr Pierwszego Kontaktu pokazuje bardzo codzienne życie świętej, która tak jak Koronkę do Bożego Miłosierdzia i wizerunek Jezusa Miłosiernego, zna cały chrześcijański świat, świętej, której nie udało się pozostać w cieniu. Bo choć życie czasem może się wydawać zwyczajne, wcale takie nie jest. Może i o nas też ktoś kiedyś będzie tak opowiadał – zwyczajnie o niezwyczajnych.
Teresa Kmieć, PROSCENIUM – Lubelska Gazeta Teatralna
__________


"(...)Sztuka prowadzi nas przez całe życie św. Faustyny, poznajemy jej rodzinę, wychowawców, siostry, a także genialnie przedstawionego bł.ks. Sopoćkę, pojawia się również gen. Piłsudski (pamiętacie tę wizję Faustyny?) i przejmująca postać szatana – wcale nie śmieszna - bliższa egzorcyzmom Annelise Michel, niż bajeczkom dla dzieci. Wszystkie kwestie i dialogi zbudowane są ze źródeł historycznych, chwała reżyserowi za niezwykle ciekawie dobrane teksty, w tym takie, o których wcześniej nie słyszałem.
Jeśli myślicie, że jest to mdła akademia „na cześć”, to będziecie w szoku. Zero banałów, zero "cukru", przy pomocy niezwykle prostych środków (np. szmata i wiadro) aktorzy budują w widzach napięcie i co chwilę zaskakują. Pod koniec kilka osób na widowni wyciągnęło chusteczki ze wzruszenia - ale nie powiem Wam, co się dzieje na scenie.
Pojawiają się w sztuce także elementy „graniczne” - na przykład niezrozumienie ze strony sióstr czy pewne elementy humoru – tu można było przesadzić i zwyczajnie obrazić kogoś, kto żywi szczególną cześć dla s. Faustyny i wielką wrażliwość na tym punkcie. Nic takiego się jednak nie dzieje. Jeśli „wszystko jest kwestią smaku” (Z. Herbert), to ta sztuka „smakuje” wybornie, nikogo nie obraża.
Jeśli więc ktoś z Was jest nieco znużony nieustannym powtarzaniem, że mamy rok miłosierdzia, to zapowiadam, że sztuka ta ukazuje tę tajemnicę w sposób całkowicie zaskakujący i ożywiający: tutaj Miłosierdzie to wielka, pulsująca życiem i ciepłem tajemnica, przekraczająca wszystkich, a realizująca się w życiu drobnej Helenki, ku zdumieniu wszystkich innych(...)".
ks. Adam Rybicki, prof. KUL
__________


„Życie zwyczajne siostry F." to 60 minut, podczas których widz obcuje ze sztuką teatralną przez duże "S". Oszczędna scenografia początkowo trochę niepokoi – kto by pomyślał, że można tak sugestywnie wykorzystać prostopadłościany?! Pudełka po prostu! A publiczność widzi to, co trzeba – salę lekcyjną, szpital, wnętrze klasztoru... pomnik Marszałka...
      "Faustyna" jest delikatna, subtelna, razem z nią na scenę wchodzi spokój. To widać w każdym ruchu aktorki, mimice, to się słyszy w melodii jej głosu. Pozostali członkowie Zespołu również nie mają łatwego zadania. Każdy z nich wciela się w kilka postaci, a w każdej z ról jest przekonujący, prawdziwy i szczery. Wzrusza, bawi, a czasem przeraża.
       Podczas spektaklu dużo się dzieje i dużo zmienia. Każda scena żyje własnym życiem, a jednak wszystkie razem tworzą spójną całość. Każda z nich jest perełką! Zaskakuje już pierwsza – przedstawianie się członków rodziny Helenki. Ta, w której siostry zdają egzamin ociera się o konwencję kabaretową, podobnie jak moment, w którym jedna z zakonnic czyni Faustynie wyrzuty z powodu jej zaniedbań w pracy w kuchni. Przejmujący jest epizod z Marszałkiem. Klimatyczne śpiewy, nie tylko religijne. Fenomenalna inscenizacja "Powrotu taty" A. Mickiewicza!
      "Zwyczajne życie siostry F." po prostu trzeba zobaczyć. Należy osobiście doświadczyć Teatru Pierwszego Kontaktu.
      "Nie było aplauzu ze strony wszystkich aktorów, nie jesteśmy teatrem przy parafii. To był pewien trud, by przekonać zespół do tej bohaterki – opowiada reżyser. (...) Dużo tam rzeczy, które są nieprzekładalne na scenę." [całość do przeczytania tu: http://lublin.gosc.pl/doc/3242386.Zycie-zwyczajne-siostry-F… ] A jednak udało się! Panie Reżyserze, Aktorki i Aktorzy – gratulacje!!!"
Małgorzata Pietraś, polonistka, nauczyciel


________________
BEZ LĘKU

Przedstawienie w reżyserii Tomasza Załuckiego to krótka, ale przejmująca wariacja na temat szaleństwa.
Spektakl "Bez lęku” każdorazowo może zobaczyć zaledwie 20 osób. Ograniczona ilość miejsc podyktowana jest zarówno treścią, jak i warunkami przedstawienia. Całość rozgrywa się w niewielkim pomieszczeniu. Na minimalistyczną scenografię składają się czarne kotary, kilka stołków, białe kije. Reszta w zamierzeniu ma rozgrywać się w głowie odbiorcy.

Fabuła "Bez lęku” jest szczątkowa. Poznajemy grupkę pacjentów szpitala psychiatrycznego: zastraszonych przez demoniczny personel, zamkniętych w sobie, wypełnionych piętrzącymi się warstwami narastającego w nich lęku. Na zewnątrz widać jedynie spękane skorupki, które już dawno przestały pełnić rolę ochronną przed brutalną rzeczywistością. Postaci obrazują ich zachowania – powracające tiki znamionujące nerwicę natręctw, powtarzane w kółko słowa: "lubię jeść i wymiotować, gdy nikt nie widzi”, "boję się”.

Bohaterowie są przerysowani, nierealni, podobnie jak miejsce, w którym się znajdują. Szpital psychiatryczny pełni raczej rolę metaforyczną. Ważne są stany, uczucia, emocje. Załucki zainspirował się ekspresjonizmem. Najważniejszym elementem zdaje się być tutaj namalowana na zasłonie zniekształcona postać z obrazu Edwarda Muncha "Krzyk”. Ciemne stroje z wyróżniającymi się poprzez kontrast białymi liniami przypominają kostiumy z przedwojennych niemieckich filmów. Scenografia – choć u Załuckiego zminimalizowana do granic możliwości - odwołuje się chociażby do "Gabinetu doktora Caligari” Roberta Wiene z 1920 roku. I podobnie jak tam, również i tutaj chodzi o szaleństwo. Każdej minucie spektaklu towarzyszy niepokój, potęgowany poprzez krzyki bohaterów, chaos i niezwykle sugestywną muzykę Bartłomieja Węglińskiego.
Widzowie siedzą niekiedy krok od wydarzeń na scenie. Zdarza się nawet, że od czyjejś dłoni dzielą nas centymetry. Wyobrażona czwarta ściana odgradzająca odbiorcę od wydarzeń przestaje istnieć, nawet pomimo faktu, że nikt się do niego bezpośrednio nie zwraca. Uczestnicząc w spektaklu trudno pozbyć się nieprzyjemnego uczucia niepokoju; emocje bijące z twarzy bohaterów są tak realne, wręcz namacalne. Nie sposób przewidzieć wydarzeń, kolejnych kroków postaci. Ze sceny wydziera tęsknota za wolnością skrępowaną nieustającym strachem.

Załuckiemu udała się niesamowita rzecz – sprawił, że widz przestaje się czuć bezpiecznie na swoim miejscu. Odbiorca nie jest bierny w swoim postrzeganiu spektaklu, lecz ciągle konfrontuje lęki bohaterów z własnym wewnętrznym strachem. Autor nie pozostawia jednak widzów bez nadziei. I za to należą mu się wielkie brawa.
Damian Drabik, Dziennik Wschodni
__________________

Na początku dyskomfort i pytanie „co ja tu robię?”. Brak dystansu między widzem i aktorem, który jest na wyciągnięcie ręki, rodzi wątpliwość czy aby na pewno jestem w teatrze? Może biorę udział w eksperymencie? Jestem w prawdziwym „psychiatryku”, ale wszyscy udajemy, że to tylko gra? Kiedy wchodzi Ona- Pielęgniarka, ja też chcę być blisko niej. Czuję, że może wprowadzić mnie w inny, lepszy wymiar. Pod warunkiem, że będę jej posłuszna…

Szpitalna rzeczywistość w spektaklu „Bez lęku” jest oczywistą metaforą. Obnaża wiele ludzkich lęków wynikających z tego, że wszyscy jesteśmy czymś lub przez kogoś zniewoleni. Źle jest być sobą. Źle być innym niż wszyscy. To trzeba leczyć!

Spektakl stawia przed widzem trudne pytania: Jaki jestem naprawdę? Dlaczego udaję kogoś kim nie jestem? Kto/co mnie zniewala? Dlaczego na to pozwalam? Czy nie mam wyjścia? Czy muszę żyć w jakichś ramach, układach? Kim są ci, którzy mają nade mną władzę? Kto dał im prawo traktować mnie tak, a nie inaczej? Skąd w nich ta pewność, że są lepsi ode mnie?

To smutne, że wciąż musimy sami siebie przekonywać ile jesteśmy warci… „Kochaj siebie” mówi jeden z bohaterów. To takie oczywiste, a jakie trudne…

Czym wobec tego jest szpital psychiatryczny w spektaklu TPK? Może zakładem pracy? Fabryką? Międzynarodową korporacją? Może szkołą? Może nieudanym związkiem? To zależy od widza. Od jego własnego lęku i indywidualnego zniewolenia.

Bałam się zakończenia sztuki. Czy naprawdę nic się nie da zrobić? Czy naszym udziałem jest tylko cierpienie? Czy już zawsze będziemy powtarzać jak mantrę, że tak ma być, że właśnie tak jest dobrze? A jednak pojawia się światełko w tunelu. Odrobina optymizmu. Troszeczkę wiary w to, że jednak można czasami siebie ocalić.

To był mój pierwszy kontakt z Teatrem Pierwszego Kontaktu. Na pewno nie ostatni. Podziwiam aktorów za odwagę sceniczną. Za warsztat i szacunek dla odbiorcy. Mimo zmęczenia chcieli rozmawiać z publicznością po spektaklu. Przekraczają granice konwencji. W jakimś sensie widz również staje się twórcą przedstawienia. To niezwykłe doświadczenie. Warto przeżyć je osobiście.
Małgorzata Pietraś, nauczyciel polonista
______________

WITKACY BEZ KOŃCA

"Witkacy był artystą wszechstronnym - malował, pisał prozę oraz dramaty. Sam często narzekał, że odbiorcy nie potrafią poprawnie interpretować jego dzieł. Krążą legendy, że był narkomanem, który dzięki używkom potrafił spotęgować swój talent, to dzięki wizjom powstawały jego największe dzieła. Tajemnicza jest także śmierć twórcy. Oficjalnie popełnił on samobójstwo, jednak zeznania jedynego świadka dziwnie często się zmieniały, samego ciała zaś nigdy nie ekshumowano. Może Witkacy wcale nie umarł? Sztuka "Witkacy: bez końca" to pokazanie artysty w chwili ostatecznej spowiedzi, rozrachunku z życiem (...) zobaczyć będzie można twórcę odartego z "maski"

Sztuka inspirowana jest dramatem Witkiewicza "Matka", przytacza także wspomnienia Czesławy Korzeniowskiej, ostatniej partnerki życiowej twórcy. Z Witkacym łączą ją szczególne wspomnienia, próbowała ona wraz z mężczyzną popełnić samobójstwo w Jeziorach. Jej późniejsze zeznania na ten temat są niespójne, podejrzanie różne. Stąd właśnie wzięły się twierdzenia o rzekomej mistyfikacji - Witkacy miał tylko udać własną śmierć. Tych tez nigdy nie potwierdzono, ale co ważniejsze, nigdy też ostatecznie nie wykluczono..

Bohaterem sztuki jest sam Witkacy, tym razem bez "maski" - jest po prostu sobą. Staje wobec widzów w obliczu ostatecznego rozrachunku ze światem i z samym sobą. Wychodzi na jaw, że jest to osoba niezrozumiana przez własne otoczenie, zamknięta w świecie własnych idei i fantazji, zupełnie niepotrafiąca odnaleźć się w otaczającym ją świecie.
http://www.luksusowylublin.pl
_______________

OKTOŁBER

"(...) Teatr Pierwszego Kontaktu podjął próbę skonstruowania telewizji w teatrze, swoiste przeciwieństwo teatru telewizji. Spektakl pocięty został na małe segmenty, które kompozycją przypominają channel surfing – błogie skakanie po kanałowych telewizji, tym razem jednak przeprowadzony na ekranie sceny. Widz wepchnięty został w sekwencje różnych programów - teleturnieju, transmisji z egzekucji, reality show – zaprezentowanych parodystycznie i kpiarsko. Krzepki humor towarzyszył niemal każdemu segmentowi, absurdalne sytuacje szczerze ubawiły publiczność niezależnie od wieku (bo przekrój wiekowy zebranych obejmował wszystkie pokolenia). Spektakl skończył się równie niespodziewanie, jak się rozpoczął. W głowie pozostał szum nabudowany kilkoma grepsami, które słyszało się gdzieś już wcześniej, w podobnej lub identycznej formie w reklamie, lub gdzieś indziej. Wprawne nimi żonglowanie, odważne zapożyczenia i kabareciarskie niemal zacięcie stanowiły mocną atut spektaklu. Kilkuosobowa ekipa Teatru zebrała zasłużone brawa."
Piotr Nita - Festiwal Teatrów Ogródkowych

"Dobrze jest (...) zobaczyć coś, co w końcu może zainteresować. Ktoś w końcu zastosował 13 znaków i powstał... (uwaga: werbel!)... SPEKTAKL. Można by na tym zakończyć mój wywód.(...) Spektakl, Teatr Pierwszego Kontaktu, zrealizował w formie "channel surfingu" (...) Karmimy się nowinkami z tabloidów. Żyjemy od reklamy do reklamy. Dzięki talk-show w ogóle egzystujemy. Taki obraz polskiego społeczeństwa przedstawiła już wcześniej Dorota Masłowska w dramacie "Między nami dobrze jest". Ci co czytali, wiedzą wszystko. Doceniam pomysłowość, kreatywne i świadome rozwiązania. Doceniam stworzenie wyrazistych postaci. Po raz pierwszy, dzisiejszego dnia, jestem w stanie przyklasnąć w stronę twórców spektaklu.
Gazeta festiwalowa Zgierskich Spotkań Małych Teatrów "Słodkobłękity"

______________

DŻENEREJSZYN OF EMIGREJSZYN

"Emigracja jest problemem teraźniejszości. Otwarte granice jawią się coraz częściej jako sposób na najbardziej dotkliwe problemy, a wolna Europa to - panna na wydaniu, z dużym, posagiem, z którą najlepiej byłoby się ożenić. To jednak nie wszystkim się udaje. Może więc uda się ją przynajmniej zaliczyć? Marzenie to nie nowe, bo sięgające najdawniejszych czasów Rzeczypospolitej, dziś przeraża swoją bezinteresownością. Uciekamy już nie przed prześladowaniem, zagrożeniem - wyjeżdżamy na Zachód dla pieniędzy i tzw. perspektyw. Kto więc zostanie, jeżeli wszyscy wyjadą? Kim jest ten wyczekiwany, nienazwany bohater? To pytania, które podejmuje grupa Teatr Pierwszego Kontaktu w spektaklu "Dżenerejszyn of emigrejszyn" z Lublina. Pokazując to z perspektywy młodych wierzących w arkadyjskość Europy. Tam jest wspaniale, nie ma problemów ani trosk. Tam nawet dziwki robią to dla przyjemności. Jest zielone, białe, niebieskie. To nie ucieczka, lecz marsz ku wolności, euforyczny taniec. A wszystko z widoczną, prześmiewczo-ironiczną zaciekłością. Krzycząc stają się jednymi z nas, my stajemy się nimi".
Karol Rębisz, Gazeta Festiwalowa Kontestacji - Piąta Ściana

_______________
STRONA 44

"Widownia była częścią spektaklu, aktorzy częścią widowni. Zabieg wchłaniania publiczności w środek widowiska teatralnego, zaczerpnięty z eksperymentalnych poczynań Grotowskiego, tym razem nabiera wyjątkowego znaczenia. Poruszono poważny problem, opisujący dorastających ludzi we współczesnej dżungli codziennej monotonii. Głos pokolenia młodych: zagubionych, poszukujących własnej tożsamości, wrażliwych. Jak poradzić sobie z rzeczywistością, w której zewsząd otacza ignorancja, bezduszność, negacja podstawowych wartości? Nikt nie może pomóc, nikt nie chce wysłuchać. w tym świecie nawet ściany nie mają uszu. Jest wewnętrzna próżnia, którą zapełniają jedynie myśli o samozniszczeniu.

Spektakl "Strona 44" podważa autorytet rodziny i szkoły, które nie są w stanie zrozumieć młodego człowieka. Skostniałe zasady funkcjonowania w społeczeństwie skutecznie poniżają niedostosowanych. Obowiązki, ambicje, oczekiwania narzucane zbyt gwałtownie, nieprzemyślane oskarżenia, mogą doprowadzić do tragedii. Słowo "kocham", powtarzane bez sensu, wyświechtane, straciło podstawowe znaczenie. Raczej przytłacza, niż przynosi ulgę.

Widzowie w różny sposób zachowywali się wobec nagłych "zaczepek" aktorów: niektórzy reagowali śmiechem, zażenowaniem, inni po prostu zamierali na krzesłach z przerażenia. Zachowanie publiczności doskonale odzwierciedla podejście wychowawców wobec buntu dorastających dzieci. Lepiej zrzucić problemy na szkołę, złe towarzystwo, odwrócić wzrok, trudniej porozmawiać, zrozumieć. Bohaterka spektaklu, dziewczyna zagubiona w obłudnym świecie relatywnych wartości, szuka jedynie zrozumienia. Odrzucona przez rodziców, którzy próbują leczyć swoje kompleksy uzurpując sobie prawo do ograniczania potrzeb córki, ucieka w świat wirtualnych rozwiązań. zasiadając przed monitorem komputera, wchodzi nijako do internetowej poradni psychologicznej. Pragnie tylko, aby ktoś zechciał ją wysłuchać, nie prosi nawet o radę.
Niestety, po drugiej stronie siedzi manekin, złudzenie człowieka godnego zaufania. Wielka kukła, będąca przez cały spektakl w centralnym miejscu, symbolizuje obojętność, z jaką podchodzimy do problemów innych. Stale obecna, przenoszona przez postacie z miejsca na miejsce, spada na podłogę, podnosi się. Ciągle tak samo martwa, szara, uległa. Manekin pozbawiony wrażliwości, ubezwłasnowolniony, nie musi łykać tabletek, podcinać sobie żył, skakać z mostu. Nie pyta i nie błądzi. Nie żyje. Chęć zniknięcia, oderwania od dokuczliwego życia, prowadzi do tragedii. Wystarczy bowiem otworzyć fiolkę i... "za mamusię, za tatusia". Okazuje się jednak, że nawet tak drastyczne posunięcie nie jest w stanie zmienić mentalności ludzi. Po kilku słowach współczucia, żalu trzeba powrócić do codzienności, zająć się obowiązkami. Jednostkowy wybryk samodestrukcji nie może zatrzymać biegu pędzącej machiny. Samobójstwo jest "przykrym incydentem", po którym należy bezzwłocznie przejść do zastanego nieporządku dziennego. Wszyscy przecież chcieli dobrze, wyszło jak zwykle... Spektakl nie tylko trzymał w napięciu, momentami wręcz wprowadzał w konsternację. Krzyk, szept, przemieszany z zadawanymi pytaniami, które zaliczyć można do kategorii tych egzystencjonalnych, poważnych i, niestety, zazwyczaj pozostających bez odpowiedzi.

Kiedy nagle gasło światło, w zupełnej ciemności, ciszę przerywały tylko nurtujące szepty. Aktorzy niczym dzieci autystyczne, po omacku szukali wyjścia z tego labiryntu. W samym centrum sali odbywała się tragedia młodego pokolenia. widzowie z bliska mogli obserwować każdy ruch, gest, mimikę twarzy występujących. Brak podziału na oglądających i grających zmniejszył dystans i pozwolił na głębsze odczuwanie każdej kolejnej sekwencji zdarzeń. Zbiorowa kreacja aktorska była niewątpliwym atutem przedstawienia. Stworzono spektakl moralnego niepokoju, dotknięto kontrowersyjnego tematu dorastania i śmierci. Mimo, że na scenie występowali młodzi ludzie, początkujący dopiero w teatralnej materii, zapewnione zostały kompleksowe usługi dostarczenia wrażeń (...)"
Monika Szczepan, Gazeta Festiwalowa Kontestacji - Piąta Ściana